Wilk Mieczysław „Wilczek”

Wilk Mieczysław „Wilczek”

Niewiele jest wiadomo o życiu Mieczysława Wilka „Wilczka”, być może nawet samo nazwisko nie jest prawdziwe. Tak naprawdę informacje o nim oparte są wyłącznie na relacjach „Zaporczyków”, którzy przeżyli wojnę. Brakuje informacji sporządzonych o nim przez resort bezpieczeństwa, ponieważ nie prowadzono przeciwko niemu żadnej sprawy. Z dostępnych wspomnień wynika,  że „Wilczek” zginął w 1946 roku jako młody człowiek, nie pozostawiając po sobie żadnej rodziny oraz dokumentacji.

Co zatem wiadomo o Mieczysławie Wilku?  Pewne jest, że w 1946 roku należał do oddziału Tadeusza Skraińskiego „Jadzinka”, który wchodził w skład Zgrupowania Oddziałów WiN Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Posługiwał się pseudonimem „Wilczek”. Prawdopodobnie w sierpniu 1946 roku wyruszył w jego składzie w rajdzie po Rzeszowszczyźnie.

>>> Czytaj więcej: Rajd zgrupowania partyzanckiego „Zapory” po Podkarpaciu 31 lipca – 21 sierpnia 1946 r. Fakty i Mity. <<<

Zgrupowanie partyzantów, w składzie trzech oddziałów „Jadzinka”, Michała Szeremieckiego „Misia” oraz Jana Szaliłowa „Renka”, pod osobistym dowództwem „Zapory” wyruszyło na południe Lubelszczyzny rankiem 31 lipca 1946 roku. Niemal zaraz po przekroczeniu Sanu, 2 sierpnia, partyzanci natchnęli się niedaleko wsi Grębów na grupę operacyjną KBW-UB-MO, którą rozbili. Następnie plutony zgrupowania „Zapory” samodzielnie maszerowały na południe w miejsce ponownej koncentracji – Ostrów Tuszowskich. Niestety tam 8 sierpnia 1946 roku partyzanci ponownie zostali zaatakowani, Tym razem przez dużą grupę sowietów. Po pierwszej fali zaskoczenia, partyzanci uszkodzili jeden z pojazdów pancernych i za jego pomocą unieszkodliwi kolejny. Następnie pod silnym ogniem wycofali się do lasu i zgubili pogoń. W wyniku walki zginęło czterech żołnierzy Armii Czerwonej oraz funkcjonariusz MO oraz podoficer KP MO w Kolbuszowej. Rannych zostało trzech sowietów, dwóch milicjantów i dwóch żołnierzy KBW. Partyzanci nie ponieśli strat. Po Ostrowach Tuszowskich oddział „Jadzinka” z powodu utracenia kontaktu z „Zaporą” i braku map postanowił powrócić na Lubelszczyznę[1].

Po powrocie na Lubelszczyznę oddział „Jadzinka” nawiązał kontakt z zastępcą „Zapory” Aleksandrem Głowackim „Wisłą”, który dowodził pozostałymi oddziałami zgrupowania na Lubelszczyźnie. Podczas, gdy główne siły „Zaporczyków” wyruszyły w rajd po Podkarpaciu, nienękane siły resortu rozpoczęły masowe aresztowania przychylnych partyzantom gospodarzy.  Wobec tego „Wisła” postanowił przeprowadzić dwie duże akcje. Plutony Stanisława Łukasika „Rysia” oraz „Jadzinka” miały 24 września 1946 roku zaatakować posterunek Milicji Obywatelskiej w Bełżycach, a po jego rozbiciu zastawić pułapkę w lesie krężnickim na nadjeżdżającą grupę pościgową KBW. W celu osłony akcji i częściowego odciągnięcia uwagi od Bełżyc, pluton Stanisława Jasińskiego „Samotnego” wsparty grupą żandarmerii pod dowództwem Romana Grońskiego „Żbika” miał zaatakować skomunizowaną wieś Moniaki i rozbroić lokalne struktury ORMO.

>>> Czytaj także: Pacyfikacja Moniak – 24 września 1946 roku <<<

W walce oddziału „Jadzinka” pod Bełżycami i Krężnicą Jarą brał również Mieczysław Wilk „Wilczek”. O przebiegu akcji z 24 września 1946 roku możemy przeczytać w raporcie specjalnym do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Funkcjonariusze WUBP w Lublinie opisywali, że po otrzymaniu meldunku grupa operacyjna w sile 30 ludzi pod dowództwem ppor. Wyrwały i Marciniaka na jednym samochodzie wyjechali w kierunku Bełżyc. Dojeżdżając do wsi Trzciniec spotkali kilka samochodów na których znajdowali się funkcjonariusze MO transportujący tytoń, którzy dali znać zatrzymania się grupie operacyjnej. Milicjanci ci oznajmili ppor. Marciniakowi, iż w odległości 3 km, w lesie znajduje się zasadzka zorganizowana przez bandytów, którzy widocznie czekają na wojsko, ponieważ ich nie zatrzymali. Po otrzymaniu wiadomości ppor. Marciniak wraz z wojskiem i milicją udali się pieszo w kierunku zasadzki. Niedochodząc do wskazanego miejsca ok. 200 m ppor. Marciniak zauważył bandytę leżącego na skraju lasy przy ckm i dał rozkaz żołnierzom do zajęcia stanowisk bojowych i otwarcia ognia. Po upływie godzinnej walki grupa operacyjna pod naciskiem przeważającej siły zaczęła wycofywać się w kierunku pozostawionych samochodów, zostawiając na polu walki 14 zabitych żołnierzy z grupy operacyjnej wraz z ppor. Wyrwałą oraz 4 milicjantów[2].

Po zakończonej akcji partyzanci w poszczególnych plutonach odskoczyli w różnych kierunkach od miejsca akcji. Oddział „Jadzinka” skierował się w kierunku wsi Kępa, gdzie został zaatakowany przez kolejną grupę operacyjną KBW z Niedrzwicy. W czasie walki zginął właśnie Mieczysław Wilk „Wilczek”. Tak o jego śmierci opowiadał Bronisław Albin „Wicher”:  od zabudowań wioski, dzieliło nas może jeszcze ze sto metrów, gdy usłyszeliśmy za sobą serię z broni maszynowej i wokół zaczęły gwizdać kule. Oddział KBW, który podążał naszym tropem, dotarł na skraj lasu i dał za nami ognia. Padliśmy na ziemię; zaczęliśmy się ostrzeliwać i próbować odskakiwać. Co który puścił serię, to zrywał się i robił parę kroków do tyłu. KBW z lasku wychodzić nie chciało, ale ogień prowadziło huraganowy. Kiedy już niemal byliśmy w Kępie, patrzę, a tu koło mnie pada „Wilczek”. Zatrzymałem się, żeby zobaczyć, co się z nim stało. Obok biegł „Tułacz”. Też się zatrzymał, złapał „Wilczka” za drugą rękę i trochę go za sobą pociągnęliśmy. Gdy udało się nam dociągnąć go do jakiegoś rowu okazało się, że „Wilczek” nie żyje. Zostawiliśmy go; trupa nie było co brać, trzeba było siebie ratować[3]. Więcej szczegółów na temat śmierci „Wilczka” przedstawił Eugeniusz Mordoń „Gitarka”: wycofywaliśmy się tyralierą. Tam nam padł, został ranny „Wilczek”. Dostał kulę w plecy, przodem mu wyszła. Dwóch chłopaków podskoczyło do niego. Bronek „Tułacz” podleciał chyba i jeszcze któryś, złapali go pod ręce i ciągnęli, aby do wsi dociągnąć. Ten chłopaczyna… jak go tak za plecy złapali, wycofywali się z nim… A bolszewicka tankietka i tyraliera szły z tyłu, biły za nami. Ten ranny chłopaczyna dostał drugą kulę w drugą połowę pleców. I wtedy chłopcy już go zostawili. Żył jeszcze, ale już nie było mowy, żeby tego chłopaka ściągnąć. „Wilczek” był taki tęgawy. Zostawili go chłopacy, bo już nie było innego wyjścia. Musieli. Bo tankietka bolszewicka już była za naszymi plecami, a do wsi był jeszcze kawał drogi polami. Dolatywaliśmy do wsi, gdy ubowcy dopadli „Wilczka”. Widzieliśmy… na naszych oczach go dobili. To my ratowaliśmy ich rannych… A ja na własne oczy widziałem, jak ubowiec dobijał „Wilczka” na polu[4].

Nie wiadomo co stało się z ciałem poległego, ale prawdopodobnie resort zabrał go do Lublina na sekcję a następnie pochował w bezimiennej mogile.


PRZYPISY:
[1] Sz. Nowak, Oddziały Wyklętych, Warszawa 2014, s. 290; M. Surdej, Oddział partyzancki Wojciecha Lisa 1941-1948, Rzeszów-Mielec, s. 182-187.
[2] Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej BU 2503/1/2, Pismo do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Raport specjalny, 28.IX.1946, (Lublin), k. 168.
[3] B. Albin, Z Lublina do „Zapory” [w:] Żołnierze Wyklęci. I znów za kraty, pod red. M. A. Koprowskiego, Warszawa 2015, s. 118.
[4] Relacja Eugeniusza Mordonia „Gitarki” [w:] E. Kurek, Zapory Żołnierze Wyklęci. Tom 1, Warszawa-Kraków 2016, s. 40.