Menu Zamknij

Ronduda Lucjan „Lutek”

Lucjan Ronduda urodził się 7 października 1927 roku w Strupicach niedaleko Kielc, jako syn Piotra oraz Bronisławy.

Działalność konspiracyjną rozpoczął w wieku 16 lat, kiedy w 1943 roku złożył przysięgę Armii Krajowej na placówce Wilkołaz, gdzie przeprowadził się z rodzicami jeszcze przed wybuchem wojny. Pełnił rolę gońca oraz łącznika placówki. Po wkroczeniu sowietów, nie rozpoznany jako były żołnierz AK nadal sympatyzował z działającym przeciwko sowietom podziemiem. W 1946 roku ponownie złożył przysięgę, tym razem przed Michałem Szeremieckim „Misiem”. W ten sposób jako „Lutek” został zaprzysiężonym członkiem WiN w Zgrupowaniu Oddziałów mjr Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Nadal pełnił rolę łącznika oddziału i wywiadowcy na terenie gminy Wilkołaz oraz działał na wypadek pilnej potrzeby.

W amnestii roku 1947 nie wszyscy się ujawnili. Żeby dali mi spokój, na posterunku w Wilkołazie oddałem jeden pistolet i granat. – wspominał po latach „Lutek” – Byłem jednak wzywany na UB, gdzie mówiono mi, że jak nie wydam „bandy”, to pójdę na białe niedźwiedzie. Były donosy, że mam kontakty z „bandą” WiN. Meldowałem o tym wszystkim mianowanemu przez „Zaporę” dowódcy naszego rejonu „Kędziorkowi”[1].

Rok 1948 okazał się poborowy dla rocznika Rondudy. Dostał powołanie do wojska i za radą Mieczysława Pruszkiewicza „Kędziorka” pojawił się w RKU. Po odbyciu służby przygotowawczej, 15 maja 1948 roku otrzymał przydział do Samodzielnego Batalionu Wartowniczego KBW w Warszawie. Po pięciu miesiącach służby dał się wciągnąć w aferę z kradzieżą broni. Posłali po moją opinię, a tam stało, że byłem w konspiracyjnej „bandzie” WiN. Wezwali mnie na Informację Wojskową, gdzie przesłuchiwał mnie NKWD w polskim mundurze majora i powiedział, że moje miejsce jest na „białych niedźwiedziach”. Wtedy zrozumiałem, że mam tylko jedno wyjście: jeśli mi się uda, uciekać do swoich towarzyszy broni, bo jestem odkryty[2].

Lucjan Ronduda wykorzystał okazję i w listopadzie 1948 roku uciekł z wojskowego aresztu a następnie zdezerterował z wojska. Początkowo ukrywał się samodzielnie u swojego stryja w Zawalowie, wsi leżącej w powiecie zamojskim. W połowie 1949 roku powrócił w rodzinne strony, gdzie we wrześniu 1949 roku dołączył do ukrywającego się „Kędziorka” i Waleriana Tyra „Zucha”.

Wiosna 1947 r. Pierwsi z lewej: Aleksander Sochalski „Duch” i Mieczysław Pruszkiewicz „Kędziorek” (dowódca „Lutka”) | Źródło: IPN

Od tej chwili ukrywali się we trzech, mieszkając tylko u znanych sobie meliniarzy. Niestety, 17 maja 1951 roku zostali zdradzeni przez ludzi, z którymi kontaktowali się od 1949 roku. Józef Gołaś, mieszkaniec wsi Białowoda, uważał, że Leon Sarzyński i Dominik Wierzchowski zostali złamani przez UB w grudniu 1950 roku. To oni mieli doprowadzić do tragedii grupy „Kędziorka” nocującej u meliniarza Józefa Dudziaka w Kolonii Zalesie w gminie Wilkołaz[3].

Najpierw zostałem powiadomiony przez Józefa Dudziaka, że 17 maja mam się spotkać u niego w domu z „Kędziorkiem” i „Walerkiem”. Przebywałem wtedy w leżącej ok. 12 km od Białowody wsi Solowa. 16 maja 1951 roku wieczorem udałem się w kierunku Białowody, aby przed świtem dojść do celu. Po drodze, w Kolonii Zalesie, wstąpiłem do swego zaufanego kolegi aby na moment odpocząć. Gdy usłyszałem głos przepiórek, które zwykle odzywają się nad ranem, zorientowałem się, że trochę się zagadaliśmy i świt był już blisko […] Ta krótka chwila poświęcona koledze uratowała mi życie. Bo gdy byłem już blisko celu, zaczęło mi się rozwidniać. Nie chcąc być zauważonym przez sąsiadów, zaczaiłem się w odległości około pół kilometra od domu Dudziaka z tą myślą, że do „Kędziorka” i „Walerka” dołączę wieczorem, jak już się zrobi ciemno. Rano od strony kwatery „Kędziorka” i „Walerka” usłyszałem kanonadę. Zrozumiałem co jest. Do lasu miałem około 300 m, więc wczołgałem się tam i przeczekałem. „Kędziorka” i „Walerka” UB chciało wziąć żywych, ale oni, nie chcąc się oddać w ręce stalinowców, dobili się sami[4].

Pomnik postawiony w miejscu śmierci „Kedziorka” i „Walerka” w Ewuninie |Fot. E. Bajan, R. Hołodniuk

Po śmierci swoich kompanów „Lutek” postanowił opuścić powiat kraśnicki i udać się w kieleckie. Wcześniej jednak chciał odebrać rzeczy pozostawione u swoich meliniarzy. Nie ufając Dudziakowi spotkał się z Wierzchowskim oraz Sarzyńskim. Podczas rozmowy współpracownicy resortu wyciągnęli broń i postrzelili dwukrotnie „Lutka” (pierwszy postrzał otrzymał w brodę, a drugi w plecy). Myśląc, że Ronduda zginął zostawili ciało i pobiegli wezwać resort i zameldować o wykonaniu zadania. Wtedy ciężko ranny dotarł do gospodarstwa Pizoniów na Zalesiu. O tym co wydarzyło się po latach opowiadał mieszkający tam Bonifacy Pizoń: wtedy na podwórko Ronduda przyszedł cały we krwi. Uchylił czerwoną od krwi koszulę, a z piersi wypływała mu pieniąca się krew. Miał kulę w płucach i drugi postrzał w głowę. Ja ukryłem się za wiązką słomy przy piwnicy i słuchałem. Ronduda odezwał się do ojca i matki w te słowy: „Ja niedługo umrę, jestem postrzelony. Zawiadomcie moją rodzinę, że chcieli mnie zabić Sarzyński i Wierzchowski. Strzelał Wierzchowski, Sarzyński kazał mi jeszcze poprawić, ale Wierzchowski powiedział, że „starczy”. […] Rondudę postrzelali w kryjówce odległej o jakieś dwa kilometry od naszego domu przekupieni za „srebrniki” Sarzyński i Wierzchowski. Podobno była to pokaźna suma. Zadaniem tych zdrajców było zakolegować się z Lutkiem, a potem zabić go na umówioną godzinę. Na ten czas zjechało w teren UB i wojsko KBW. Mieli przejąć zamach. Domyślam się, że wielkie musiało być ich zdziwienie, gdy w kryjówce nie znaleźli zabitego. […] Matka prowadziła Lucjana Ronduda pod rękę od dziesiątka do dziesiątka. Na jego piersi wisiała broń, chyba pepeszka z magazynkiem. Tyraliera UB przeszła w odległości około dwudziestu metrów od nich. […] Dociągnęła go wraz z pepeszą do stodoły Stępniów, po czym omijając grupki wojska, około piątej rano wróciła do domu[5].

Powiadomiona przez Pizoniową matka Lucjana Rondudy sprowadziła do stodoły Stępniów pomagającym partyzantom lekarza powiatowego Andrzeja Cagarę, który opatrzył rannego, ratując mu życie. Przez okres leczenia ukrywał się w stodole Mieczysława Gołasia w Kolonii Zalesie a później u kuzynów na Budzyniu pod Kraśnikiem.

Od lipca 1952 roku ukrywał się z Józefem Janczarkiem z Ryczydołu. Pomimo tego, że obaj nie prowadzili już żadnych akcji, wyłącznie się ukrywali, to była tylko kwestia czasu zanim resort ponownie wpadnie na ich trop. 11 października 1952 roku kwaterowałem wraz z Janczarkiem u Hołdów we wsi Leszczyna powiat Kraśnik. Ja spałem w kuchni, a Janczarek spał na strychu w oborze, bo przyszła do niego żona. Wcześnie rano […] dom był osaczony przez UB i parę samochodów wojsk KBW. […] Ubowcy krzyczeli żeby wyjść, bo będą podpalać dom. Chciałem się zastrzelić. Janczarek uprosił mnie, żebym tego nie robił, bo jak ubowcy usłyszą strzał, to rozwalą cały dom i wszystkich nas wytłuką, a on ma dzieci i chce żyć. Nie zastrzeliłem się. Ubowcy wrzucili do mieszkania dwa granaty. Odprysk cegły uderzył mnie w kolano i w głowę. W chwili zamroczenia ubowcy związali mnie i wywlekli przed dom[6].

Lucjan Ronduda „Lutek” został aresztowany i natychmiast przewieziony do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kraśniku, gdzie rozpoczął się pierwszy etap śledztwa. Pomimo stosowanych tortur „Lutek” wytrzymał śledztwo i nikogo nie zdradził. W czasie pobytu w kraśnickim areszcie „Lutek” był wykorzystany m.in. do identyfikacji zwłok poległego Józefa Kłysia „Rejonowego”, chociaż jak sam przyznaje tutaj również nic nie potwierdził. Po trzech miesiącach Rondudę przewieziono do aresztu UB na ul. Narutowicza w Lublinie.

Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Lublinie z dnia 8 maja 1953 roku Lucjan Ronduda został skazany na karę śmierci, za działalność w nielegalnej organizacji WiN, nielegalne posiadanie broni, udział w napadach rabunkowych oraz za dezercje wraz z kradzieżą broni. Czekając na wykonanie wyroku siedział w celi śmierci na Zamku Lubelskim. Jednak na mocy rewizji wyroku z 7 czerwca 1954 roku kara śmierci została zamieniona na dożywotnie pozbawienie wolności[7].

Siedziałem nadal na Zamku w Lublinie, na oddziale pierwszym. W celi byli nasi ludzie z konspiracji z wyrokami 15 lat i dożywotkami. Warunki były okropne. W celi o wymiarach 3×4,5 m siedziało nas 32 mężczyzn. […] Wkrótce rozpoczęła się likwidacja więzienia na Zamku i wywieźli mnie najpierw do Chełma, a potem do Rawicza i Sieradza. Tam zastała mnie amnestia z 1956 roku. Dożywocie zmienili mi wówczas na 13 lat więzienia o zaostrzonym rygorze. Na wolność wyszedłem 11 marca 1961  roku – wspominał Lucjan Ronduda „Lutek”[8].


PRZYPISY:
[1] Relacja Lucjana Ronduda „Lutka”, [w:] Zaporczycy. Relacje. Tom IV, pod red. E. Kurek, Lublin 2011, s. 152.
[2] Ibidem, s. 153.
[3] Józef Gołaś opowiadał, że: w wigilijny wieczór resort zatrzymał Leona Sarzyńskiego i Dominika Wierzchowskiego z Białowody. Obaj podpisali zgodę na współpracę z UB i jako członkowie ORMO, u meliniarza Józefa Dudziaka w Kolonii Zalesie gmina Wilkołaz, wydali w dniu 17 maja 1951 roku na śmierć żołnierzy „Zapory” o pseudonimach „Kędziorek” i „Walerek”. Rano nastąpił atak. W walce polegli obaj partyzanci, a w oborze Dudziaka została zabita krowa. Lucjan Ronduda „Lutek” cudem uniknął wtedy śmierci. Zob. Relacja Józefa Gołaś, [w:] Zaporczycy. Relacje. Tom IV, pod red. E. Kurek, Lublin 2011, s. 40.
[4] Relacja Lucjana Ronduda „Lutka”…, s. 154.
[5] Relacja Bonifacego Pizonia, [w:] Zaporczycy. Relacje. Tom IV, pod red. E. Kurek, Lublin 2011, s. 125-126.
[6] Relacja Lucjana Ronduda „Lutka”…, s. 156.
[7] Ostatni komendanci. Ostatni żołnierze 1951-1963, Warszawa 2016, s. 505.
[8] Relacja Lucjana Ronduda „Lutka”…, s. 158.