Menu Zamknij

Podkowik Zbigniew „Faraon”

Zbigniew Podkowik urodził się 18 listopada 1926 roku we Lwowie. Jeszcze przed wybuchem wojny zamieszkał z rodzicami w Kowlu, gdzie jego ojciec pełnił funkcje nadleśniczego. Po wybuchu wojny i internowaniu ojca, Zbigniew musiał podjąć pracę w parowozowni w Kowlu.

W sierpniu 1943 roku rzuciłem pracę, a w październiku tegoż roku uciekłem do partyzantki. Walczyłem w samoobronie w Zasmykach i Kupiczowie. W dniu 15 stycznia 1944 roku zostałem wcielony do plutonu specjalnego II batalionu 43. pułku piechoty 25. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej. – wspominał po latach „Faraon” – Pluton nasz, gdy wojsko spało, noc w noc wyjeżdżał na akcje: dywersja, sabotaż, aprowizacja, itd. To była dobra szkoła, która nie jednemu z nas uratowała później życie. Wielu spośród nas zginęło. W dniu 20 marca 1944 roku mój batalion, przy wsparciu artylerii sowieckiej, opanował stację kolejową i miasteczko Turzysk na trasie Kowel-Włodzimierz[1].

Przysięga żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej (1944 r.) | Źródło: domena publiczna (Wikimedia Commons)

W kwietniu 1944 roku po początkowej dobrej współpracy z wojskiem sowieckim w opanowaniu Turzysk i Turopin 27. Wołyńska Dywizja AK została przegrupowana i podporządkowana 13. Korpusowi I Frontu Białoruskiego. Polscy partyzanci mieli wziąć udział w operacji kowelskiej, przeciwko niemieckim dywizjom wspieranym artylerią, lotnictwem i pancerną dywizją SS „Wiking”. W wyniku ciężkich walk w rejonie Włodzimierza Wołyńskiego partyzanci zostali okrążeni. 20 kwietnia dowództwo 27. DP AK postanowiło całością sił (w trzech ugrupowaniach), w sile 7 tys. ludzi i 500 koni, przerwać pierścień okrążenia. Niestety w rejonie Zamłynia zgrupowanie zostało rozbite i zdziesiątkowane, tylko nielicznym udało się przedostać poza siły nieprzyjaciela. W czasie tych walk ranny został Zbigniew Podkowik „Faraon”, który pozostały na placu boju dołączył do będącego jeszcze w okrążeniu II batalionu 50. pułku piechoty AK pod dowództwem por. Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”. Wraz z całym batalionem, liczącym 300 żołnierzy, kilkukrotnie próbował przebić się z pierścienia okrążenia[2].

Po czwartym rozbiciu nie udało się nam już połączyć. Wegetowaliśmy w piątkę do 29 czerwca 1944 roku. Chcąc uniknąć obław w lasach strzeleckich i musurskich, musieliśmy stale zmieniać miejsce postoju. Żywiliśmy się korzeniami, korą sosnową i łupinami po kartoflach, jeśli w czasie walk trafialiśmy na kuchnie polowe. Piliśmy wodę z bagna. Jak zwierzęta. Byliśmy na końcu tak osłabieni, że już nie mieliśmy sił maszerować. W końcu na swej drodze spotkaliśmy dość dużą grupę naszych partyzantów z porucznikiem „Białym” [Sylwester Brokowski – przyp.aut.] i kapralem „Aratem” [Jan Bednarek – przyp.aut.] na czele. Szli w kierunku przeprawy na Bugu[3].

Zgodnie z rozkazem komendanta Okręgu AK Lublin, na zbiórkę żołnierzy 27. DP AK powracających zza Bugu na teren Lubelszczyzny, wyznaczono rejon lasu koło Bończy pod Zamościem. Koncentrację prowadzono przy wsparciu miejscowego oddziału partyzanckiego Józefa Śmiecha „Ciąga”. W rejonie tym utworzono batalion zbiorczy 27. DP AK, którego dowódcą został por. Sylwester Brokowski „Bogoria”, a zastępcą – ppor. Tadeusz Persz „Głaz”. Batalion liczył ok. 150 ludzi. Oddział ten wziął udział w akcji „Burza” na Zamojszczyźnie atakując wycofujące się tabory niemieckie. Swoją walkę zakończył zdobyciem Szczebrzeszyna. Po tym wydarzeniu 30 lipca 1944 roku zgrupowanie zostało rozwiązane i zmuszone przez sowietów do zdania broni[4].

Od tego momentu Zbigniew Podkowik „Faraon” zaczął ukrywać się przed aresztowaniem i wywózką na Sybir. Dla zmylenia resortu bezpieczeństwa co jakiś czas zmieniał miejsce zamieszkania, imając się różnych prac dorywczych. Zimą 1944/45 roku zagrożony bezpośrednim aresztowaniem przez członków PPR ze wsi Kasiłan postanowił nawiązać kontakt z leśnymi. Jako, że na terenie tym głównie operowały Narodowe Siły Zbrojne dołączył do oddziału Zbigniewa Góry „Jacka”. Został awansowany do stopnia plutonowego i mianowany adiutantem dowódcy.

Terenem naszej działalności były powiaty: Chełm, Krasnystaw i Hrubieszów. […] Wiosną 1945 roku oddziały NSZ wykonywały pojedynczymi oddziałami rutynowe zadania oczyszczania terenu, zasadzki, itp. Gdy akcję wykonywało zgrupowanie, dowództwo nad wszystkimi oddziałami obejmował por. „Jacek”. Po udziale w wielu akcjach, w kwietniu 1945 roku zostałem awansowany do stopnia sierżanta. Po tym awansie stałem się nie tylko adiutantem por. „Jacka”, ale także jego zastępcą. […] Po koniec maja 1945 roku zostałem trzeci raz ciężko ranny (drugi raz ranny byłem u por. „Jastrzębia” z 27 Dywizji), co spowodowało automatyczne awansowanie do stopnia starszego sierżanta i skierowanie wniosku o przyznanie mi Krzyża Walecznych, którego zresztą nigdy nie dostałem[5].

W zgrupowaniu „Jacka” Zbigniew Podkowik „Faraon” miał wziąć udział w jednym z największych starć Narodowych Sił Zbrojnych na Lubelszczyźnie. 10 czerwca 1945 roku licząca 160 osób grupa operacyjna 98. pułku pogranicznego NKWD wraz z grupą funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Chełmie wsparta samochodem pancernym przystąpiła do likwidacji zgrupowania NSZ w miejscowości Huta. W rezultacie walk i jak to resort bezpieczeństwa określił „doczyszczania terenu” zgrupowanie „Jacka” zostało doszczętnie zniszczone. W walce poległo 166 partyzantów, 30 zostało rannych a 11 wziętych do niewoli, z których przypuszczalnie 4 zmarło. Podczas walki zniszczona również została cała wieś, w której spaliło się 164 budynki. Tylko nielicznym partyzantom, udało się wyjść z okrążenia[6]. Wśród nich znalazł się również ranny „Faraon”.

Tak opisywał te wydarzenia Zbigniew Podkowik: Po zakończonej akcji w dzień nadciągnęły wojska Berlinga i NKWD, które w ciężkim boju zostały odparte. Zginął por. „Sokół” i siedmiu innych naszych żołnierzy. […] Potem nadciągnęły wojska NKWD wsparte tankietkami i samochodami pancernymi. Kacapy używali pocisków rozrywających, po których powstawały straszliwe rany. W wyniku trwającej pół dnia walki nasze zgrupowanie zostało rozbite. Zginął kapitan „Szary” i porucznik „Jacek” oraz wielu naszych żołnierzy; zostali pochowani w Wojsławicach. Naszych rannych bolszewicy na miejscu dobijali. Sanitariuszki nasze były gwałcone przez watahy wojska; potem półprzytomne, podtrzymywane za ręce dziewczyny, oprawcy przecinali na pół seriami z karabinów maszynowych. […] Wieś została częściowo spalona. Mnie udało się uniknąć śmierci. Dogoniły nas pociski rozrywające NKWD. […] Sowieckie serie siekły ziemię z jednej i z drugiej strony, ale żaden pocisk mnie nie trafił. Ukryłem się w końcu w pobliskim życie, wyciągnąłem swego wisa i czekałem. Obok mnie przechodziła tyraliera. […] Trzymałem ich na muszce, ale czekałem chwili, gdy mnie zauważą. Wiedziałem, że to już koniec ze mną, ale chciałem jeszcze ukatrupić jednego czy dwóch bolszewików. Stało się inaczej. Los tak widocznie chciał, że sowieci przeszli i nie zauważyli mnie. W nocy ludzie z placówki AK w Wojsławicach zabrali mnie na wóz[7].

„Faraon” leczył się na różnych melinach pod opieką miejscowej placówki AK. Po okolicznych wsiach zbierały się ocalali z rzezi partyzanci. Po podleczeniu Podkowik, jako najwyższy stopniem, objął dowództwo nad oddziałem, działającym przez pewien czas bez podporządkowania się żadnej organizacji. Z powodu ciężkich warunków bytowych podczas zimy oddział został rozwiązany, a każdy z żołnierzy udał się w swoją stronę na własną rękę. Zbigniew Podkowik wyjechał do Legnicy, gdzie została przeniesiona jego matka. Pod fałszywym nazwiskiem znalazł w pracę miejscowej kompanii wartowniczej ochrony województwa. Tam został aresztowany, jak sam twierdzi przypadkowo – nie za podziemie”, i do kwietnia 1946 roku przesiedział w areszcie śledczym. Po wyjściu na wolność powrócił na teren Lubelszczyzny, gdzie ponownie nawiązał kontakt konspiracyjny. Na rozkaz Tadeusza Lachowskiego „Nałęcza” został włączony w struktury oddziału Narodowej Organizacji Wojskowej pod dowództwem Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”. Ze zgrupowaniem kilkukrotnie uczestniczył w rajdach „Wołyniaka” po Rzeszowszczyźnie. Przechodziliśmy przez wsie opanowane przez PPR, gdzie stacjonowały silne placówki MO i ORMO wystawiające daleko przed wsią swoje czujki. Musieliśmy przechodzić przez wsie ze względu na tabory z bronią, amunicją i prowiantem. „Wołyniak” znał te tereny znakomicie i stosował taktykę zastraszania. Wysyłał patrol 15-20 ludzi, którzy w swych kaemach mieli zapalająca amunicję. Gdy patrol nawiązywał kontakt z czujkami resortu, otwierał krótki ogień przez wieś, co powodowało, że wieś pustoszała. W domach zostawali tylko starcy i dzieci. Wojsko przechodził wówczas przez wieś bez jednego wystrzału i zagrożenia ze strony miejscowych posterunków[8].

Od lata 1946 roku mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” na rozkaz Komendy Okręgu WiN w Lublinie zaczął podporządkowywać pod swoją komendę wszystkie działające na tym terenie oddziały partyzanckie. W październiku 1946 roku doszedł również do porozumienia z komendantem powiatowym NSZ „Nałęczem”, na mocy którego część oddziałów z podziemia narodowego miała przejść pod komendę „Zapory”. Rozkaz ten otrzymał również Zbigniew Podkowik „Faraon” wraz z całym jego plutonem, liczącym wówczas ok. 30 ludzi.

Żołnierze ze Zgrupowania Oddziałów AK-DSZ-WiN „Zapory”. Stoją od lewej: Eugeniusz Mordoń „Gitarka”, Adam Świątek „Francuz”, Wacław Karbowniczek „Jastrząb”, Józef Maj „Strzelec”, N.N., Edward Foryt „Tarzan” z Mielca, Zbigniew Podkowik „Faraon”, Bronisław Albin „Wicher”, kwiecień 1947 r.

Oddział został włączony w skład kompanii Tadeusza Skraińskiego „Jadzinka”, która od jakiegoś czasu operowała w mniejszych grupach, chociaż utrzymujących ze sobą bliski kontakt. Spowodowane było to tym, iż dla łatwiejszego bytowania żołnierzy przed nadchodzącą zimą „Zapora” podzielił operujące do tej pory w dużych grupach zgrupowanie na mniejsze oddziały, które miały prowadzić wyłącznie działania samoobronne. Pluton „Faraona” miał operować w powiatach Zamość, Biłgoraj, Tomaszów Lubelski oraz Roztocze i Puszcza Solska. Zaś jego bezpośrednim przełożonym miał być Jerzy Karcz „Bohun”.

Na kwaterach stałem zawsze z „Bohunem” i szefem oddziału lwowiakiem „Jaśku”, starszym sierżantem z wojska przed rokiem 1939. Szybko zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Dość często spotykaliśmy się także z oddziałem „Jadzinka”, z którym wymienialiśmy dane dotyczące działań operacyjnych, placówek i sytuacji w terenie[9].

Oddział w styczniu i lutym 1947 roku prowadził małe działania i skupiał się głównie na przezimowaniu. Po ogłoszeniu amnestii i rozkazie „Zapory” o ujawnieniu cała kompania „Jadzinka” została skoncentrowana w Krasnobrodzie, a następnie przemaszerowała do Ratoszyna, gdzie zostało dokonane pierwsze ujawnienie – żołnierze zdali broń, a następnie załadowani na ciężarówki wojskowe zostali przewiezieni do Lublina, gdzie nastąpiło oficjalne ujawnienie i wydanie odpowiednich dokumentów.

Po ujawnieniu Zbigniew Podkowik „Faraon” wyjechał na Pomorze i zamieszkał w Gdańsku, gdzie założył rodzinę. Zmarł 3 marca 2012 roku i został pochowany na cmentarzu oliwskim.


PRZYPISY:
[1] Relacja Zbigniewa Podkowika „Faraona”, [w:] Zaporczycy. Relacje. Tom IV, pod red. E. Kurek, Lublin 2011, s. 129.
[2] W. Filar, Działania 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Część 2, Warszawa 2011, s. 50-57.
[3] Relacja Zbigniewa Podkowika…, s. 130.
[4] J. Turowski, Pożoga: walki 27 Wołyńskiej Dywizji AK, Warszawa 1990, s. 506-511.
[5] Relacja Zbigniewa Podkowika…, s. 133-134.
[6] M. Zajączkowski, Spór o Wierzchowiny. Działalność Akcji Specjalnej (Pogotowia Akcji Specjalnej) NSZ w powiatach Chełm, Hrubieszów, Krasnystaw i Lubartów na tle konfliktu polsko-ukraińskiego (sierpień 1944 r. – czerwiec 1945 r.), „Pamięć i Sprawiedliwość”, 2006, nr 1(9), s. 301-303.
[7] Relacja Zbigniewa Podkowika…, s. 134-135.
[8] Ibidem, s. 137-138.
[9] Ibidem, s. 142.